Majówka... Wiosenny oddech, pierwszy przedsmak wakacyjnego odpoczynku w blasku słońca...
Wszystko by się zgadzało, tylko z tym słońcem było gorzej... Zupełnie inaczej niż to w Szwajcarii na co dzień bywa. Normalnie jest miło, ciepło, zielono... a tym razem było zimno i bardzo mokro... ale nie można ulegać czemuś tak błahemu jak niesprzyjająca aura pogodowa i nasi goście zostali zmuszeni by ruszyć w miasto z parasolkami w dłoniach i kaloszkami na stopach:)
Myślę, że nie było tak źle, daliśmy radę zwiedzić Zurich, Weg der Schwyz, była grana Luzerna i jaskinie zwane białym piekłem, a także wodospady i urocza starówka w Sankt Gallen, szkoda tylko, że nie mogliśmy dłużej rozkoszować się jej urokami, zbyt lekko ubrani zostaliśmy pokonani przez 6 stopni celcjusza, które było na dworze i po półtora godzinnym spacerze postanowiliśmy wracać do domku, gdzie napaliliśmy w kominku i zjedliśmy jedną z części przywiezionej karkówki, która ważyła 2,5kg więc byśmy jej podołali z Pawłem potrzeba czasu, a tak w pięć osób troszkę łatwiej poszło i jedna jej część poszła, ale żeby nie było zapasów mamy co nie miara... Po wizycie taty aż strach otwierać naszą zamrażalkę by coś nie wypadło Ci na głowę i jakiś kawałek mięska, czy kiełbaski nie nabił Ci guza.... :)))) więc do zamrażalki bez kasku nie podchodź!