poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pierwszy dzień wiosny!

Tak, tak... Tytuł nie jest omyłkowy i wcale nie spóźniony!

Nie do wiary... Na pewno wielu z Was właśnie tak pomyśli, podobnie zresztą jak my. W takim państwie, gdzie wszystko ułożone jest pod linijkę, zaplanowane, porządne... a tu proszę takie figle, zabawy i to już z początku tygodnia mamy SZALONY PONIEDZIAŁEK:) i wcale nie wypada to w tak dobrze nam znany dzień wagarowicza...

Od dawna wiedzieliśmy, że 28 kwietnia jest dniem wolnym w Szwajcarii, ale nie wiedzieliśmy, co jest powodem tego jakże miłego wolnego poniedziałku w naszym kantonie...

Ale wyjaśniło się - ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że jest to ZURYSKIE POWITANIE WIOSNY:)))) w którym hucznie obchodzi się pożegnanie zimy! Feeria barw i dzięków muzyki, wielotysięczne pochody to tradycja, która sięga średniowiecza.

Wyobrażacie sobie - Zurich liczący 350 tysięcy mieszkańców ma dzień wolny, a dokładnie pół dnia - wszyscy bankowcy, nauczyciele, urzędnicy, czy sprzedawcy mają wolne i wychodzą na ulicę - banki, sklepy, instytucje państwowe są zamknięte i świętują:)

Dokładnie święto to przypada zawsze na trzeci poniedziałek kwietnia i oficjalnie jest to Festiwal Wiosenny - Sechselauten. W ten dzień przez miasto przechodzi liczny pochód tradycyjnych rzemieślników w historycznych strojach  - piekarze, aptekarze, lekarze, kowale, czy inżynierowie. Przez Banhofstrasse płyną łodzie rybackie i inne ciekawe platformy. Pojawiają się także żołnierze Napoleona I, jak i rosyjskiej armii feldmarszałka Aleksandra Suworowa, podziwiać także można szkockich kobziarzy. Wszyscy w pięknie wykonanych strojach kierują się na plac pod Operą, gdzie następuje oficjalne spalenie bałwana. Na stosie mierzącym 14-metrów umieszczony jest bałwan, który uszyty jest z białego płótna i wypełniony od środka łatwopalnymi materiałami z fajerwerkami w głowie, po wybuchu których jest piękny pokaz sztucznych ogni. Po oficjalnym spaleniu bałwana na placu następują inne atrakcje towarzyszące pożegnaniu zimy i celebrowanie tego wydarzenia.




sobota, 26 kwietnia 2014

Rollin' rollin' rollin'

jak by tu zjechać...
No i stało się .. sezon na rolki rozpoczęty!!!

Największe póki co problemy mamy z hamowaniem, a że pagórków mniejszych i większych u nas dostatek to jest to czasem nie lada wyczyn i akrobatyka. Wszystko jest dobre żeby zatrzymać się i przystanąć na chwilę... latarnia, kamień .. a nawet lama...


Lamy lubią węszyć w drewnie


Lama (nieźle spasiona)
Niewiele brakowało..

Winterthur

Weekendowa pogoda jest marna, ale postanowiliśmy zrobić z tym co się da i wybraliśmy się na rowery do Winterthuru...

Zaczęliśmy od okolicznych lasów (na południe od centrum) gdzie urządzone zostało bardzo fajne otwarte zoo. Nie jest może znów takie okazałe, ale to co najważniejsze jest: trochę zwierza kopytnego, dziczyzny i dużo gówna. Z ciekawszych atrakcji polecamy wilki. Jest jednak jedna dość istotna różnica: przestrzeń. Zwierzęta nie są trzymane w małych klatkach lub 20 metrowych wybiegach.. mają dość dużo miejsca .. przez to czasem można nie zauważyć dzielącej przechodnia i rysia przegrody ukrytej gdzieś w lesie.

A samo miasto jest bardzo urokliwe (chyba nawet ponad nasze pierwotne oczekiwania). Starówka z małymi uliczkami, knajpki, targowisko staroci... a do tego zostaliśmy obdarowani pysznymi napojami,  po które oczywiście jeszcze raz wróciliśmy...bo byly pyszne .. i darmowe...

Paweł w labiryncie 
                                                       
Ucieczka z lasu

Pyszne (darmowe!) 'mylk szejki'



Kawowy i waliniowy (wczesniej była kawa i truskawka)

środa, 23 kwietnia 2014

Sknerus faszerowany

Przewoziliśmy już 1500km stos drewna, teraz kolej na ptactwo... Sknerus po kąpielach w solance został poddany obróbce termicznej w towarzystwie (bardzo bliskim) jabłek i innych owoców. Dwa dni i po sprawie. No to może teraz pumba?



wtorek, 22 kwietnia 2014

Pomiędzy Szwajcaria, a Polską....

W świątecznej drodze do domu postanowiliśmy pozwiedzać... Wykorzystać jak najlepiej tą podróż ze Szwajcarii do Polski i zobaczyć coś ciekawego... Podróż zaczęła się od porannej wizyty w Liechtensteinie, gdzie o 6 rano kupowaliśmy komputer... Potem przejazd przez Niemcy wprost do Austrii, a niedzielny poranek zarezerwowaliśmy na Słowację...


Pierogowa uczta
Czy było tak warto... Pewnie:) choć chyba nie aż tak dla oka, jak dla podniebienia... 

Zaczęło się od pierogowej uczty u cioci Pawła, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Fakt byłam głodna, ale takich pierogów z mięsem jeszcze nigdy nie jadłam... zważając, że pierogi z mięsem nie są moimi ulubionymi to pochłonęłam ich dużo, bardzo dużo i gdybym tylko miała więcej miejsca w brzuszku po trzech dokładkach zjadłabym jeszcze co najmniej dwie:) MNIAM...



Na tle Katedry Świętego Szczepana
Jeśli chodzi o zwiedzanie, to na pierwszy rzut wybraliśmy Wiedeń, który zawsze chciałam odwiedzić, od kiedy pierwszy raz jadąc na kolonie za granicę przejeżdżałam obok tego miasta, miasta świateł jak wtedy mi się wydawało... Jednak zderzenie z rzeczywistością okazało się dość słabe... Muszę przyznać, że się zawiodłam... Oczywiście jedno popołudnie na tak duże miasto to za mało, ale chęć zagłębienia się w jego mury i ogrody spadła znacznie po tym, co widzieliśmy... 

Przygotowaliśmy sobie wcześniej mały spis, co gdzie warto zobaczyć i tym szlakiem wybraliśmy się na starówkę, która raczej przypomina ulicę z centrum handlowego - dużo sklepów, multum ludzi, ulica i kamienice, ale nie nazbyt stare, czy zabytkowe, raczej bardzo zwykłe. Idąc starówką dotarliśmy do Katedry Świętego Szczepana Męczennika - katedra robi wrażenie, należy bowiem do największych świątyń europejskich, a ponad dachem katedry wznoszą się cztery wysokie wieże, z których najwyższa mierzy 136,4m. Do wnętrza świątyni prowadzi kilka wejść, z których najbardziej znane są późnoromańska Brama Olbrzymów oraz bramy Biskupia i Śpiewaków z bogatą gotycką dekoracją rzeźbiarską.


Jak tylko wyszliśmy z katedry zaczęliśmy szukać lodziarni, w której Paweł przed laty był z babcią na lodach... Chodziliśmy, szukaliśmy, alejka po alejce i UDAŁO SIĘ! Muszę przyznać, że są to lody grzechu warte! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że są to NAJznakomitsze lody na świecie, chyba nawet w słonecznej Italii nie ma czegoś równie pysznego! Kolejki, które ustawiają się aż na ulicę, tyle smaków, że obejrzenie ich i decyzja, który wybrać zajmuje co najmniej 20 minut! NIEBO W GĘBIE... Po zjedzeniu pierwszej dużej porcji od razu wiedziałam, że musimy tam wrócić jeszcze tego wieczora, no i mój ukochany stwierdził, że wreszcie się uczę, co w życiu jest ważne:) więc w drodze powrotnej lodziarnia była jeszcze raz grana w naszym repertuarze, o czym świadczy ból gardła, utrzymujący się do dziś.

Jak już odnaleźliśmy lodziarnię udaliśmy się na poszukiwania słynnego domu publicznego z Pawła opowieści... Gdzie jako kilkunastoletni chłopiec Paweł trafił do ... łazienki:) ale niestety okazało się, że aż tak daleko pamięcią nie sięga... i burdelu nie udało się odnaleźć:)


Nic jednak straconego, natrafiliśmy bowiem na piękny kolorowy dom słynny Hundertwasserhaus. Koncepcją twórcy, który zaprojektował dom jest nawiązanie dialogu z przyrodą jako równoważnym partnerem człowieka – na tarasach, balkonach i w innych niespodziewanych miejscach rośnie wiele roślin. Ponadto zastosowano wiele rozwiązań, które mają na celu ucieczkę od linii prostych i regularności. Dom faktycznie robi wrażenie, oczywiście nie można go zwiedzać, ponieważ jest normalnym w swej niezwykłości blokiem mieszkalnym.


Wybraliśmy się także do Wiener Prater. Park publiczny (1700 ha), położony między Dunajem a Kanałem Dunajskim. W parku pokręcić się można na prawie wszystkich możliwych rodzajach karuzel. Jest to też wspaniałe miejsce na zwykły spacer i chłoniecie atmosfery rozbawionego Wiednia, gdzie dorośli mogą znowu poczuć się jak dzieci. Po drodze, na Rondeau i Calafatti Platz, łatwo wpaść na jedną z kolorowych, metalowych rzeźb przedstawiających ludzi uczestniczących w dziwnych, nieco tajemniczych happeningach. Największy i najbardziej znany Diabelski Młyn (niem. Wiener Riesenrad) ma prawie 65 m wysokości i waży 430 ton. Obraca się bardzo powoli, co pozwala na delektowanie się widokiem Wiednia i stanowi jego wizytówkę.

W niedzielny poranek ruszyliśmy w dalszą drogę... Szykując się tym razem na zwiedzanie Bratysławy, która znajduje się tylko godzinę drogi od Wiednia, a jej główne zabytki znajdują się w obrębie Starego Miasta...

Naszym głównym postanowieniem był zakup słowackiego piwa, o pyszności, którego krążą legendy:) Misja zakończyła się sukcesem, ale poznanie Bratysławy zaczęliśmy od drogi do zamku, która wiedzie spod Domu Dobrego Pasterza, w górę stromą ulicą Beblavého uważaną za najstarszą na Podzamczu i prowadząca aż do samego zamku. We wznoszących się przy niej domach z XVIII w. mieszczą się stylowe restauracje i kawiarenki. Znaczna część bratysławskiego podzamcza została zniszczona w okresie rządów komunistów. Przed ostatnią wojną tę część Bratysławy zamieszkiwała głównie społeczność żydowska. W średniowieczu u stóp zamku mieściły się domy i warsztaty rzemieślników, kantory kupieckie, świątynie chrześcijańskie i żydowskie. Ta część Bratysławy została wyburzona na przełomie lat 60. i 70. XX w., gdy z nakazu władz rozpoczęto budowę Nowego Mostu oraz wielopasmowej arterii komunikacyjnej. Z Zamku Bratysławskiego roztacza się piękna panorama, a zamek wygląda dość nowocześnie. 


Rynek Główny jest kwintesencją miasta: barokowo-secesyjny, z niewielką domieszką gotyku i klasycyzmu, kameralny, zieleniący się od liści niewysokich drzew, z nieodłącznymi stolikami, parasolkami, fontanną i brązowym posągiem jegomościa, który, ukryty za napoleońskim pierogiem, podsłuchuje rozmowy zakochanych. 

Na placu - historycznym centrum miasta - wznoszą się dwie skrajnie różne budowle: Stary Ratusz po wschodniej stronie i okazały, niedawno odnowiony secesyjny pałac po stronie zachodniej. Jest tu również Fontanna Maksymiliana - najstarsza i najbardziej rozpoznawalna fontanna na Starym Mieście w Bratysławie.

Spacer o poranku po Bratysławie był miłym początkiem podróży do Polski i co trzeba dodać Bratysława jest bardzo górzystą stolicą, więc dobrze przemyślcie, gdzie zostawiacie samochód:)

Weekend w każdym razie zaliczamy do udanych!



 





środa, 9 kwietnia 2014

Wędkarze

Co każdy szanujący się Szwajcar robi w wolnej chwili po pracy? Łowi ryby w trawie, jak na załączonym obrazku. Dodam że jeziorko znajduje się jakieś 10m od pana po lewej. 



niedziela, 6 kwietnia 2014

Lato w mieście

Kanały Zurychu
Widok na Zurich z Zollikonu
W Zurichu lato w pełni. Miłośnicy grillowanej kiełbasy w bułce tłumnie wylegli na bulwary wokół jeziora. Niskie chmury niestety zasłaniają widoki większych wzniesień w oddali ale przynajmniej nie pada i święci słońce... Gorąco ... Leniwy weekend na tydzień przed świętami. Wiadomo .. trzeba odpocząć zawczasu bo święta nieźle człowieka potrafią wypruć z energii.

Nad kanałem 

Tuż po wybudzeniu
Drzemka jak w przedszkolu




Na zdjęciu zmęczona towarzyszka rowerzystka po drzemce. W zasadzie każdy skrawek płaskiego i 2-5 min są dobre na sen i sny.



Wieczorem oczywiście nie mogło zabraknąć kiełbasy z ogniska. Ale trefna jakaś... miejscowa.

 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Liechtenstein


Przy ratuszu

Wiosna… myślicie, że zagościła na dobre?

Dni pełne promieni słońca, kwitnących traw, pąków na drzewach, trawa się zieleni… a wspomnieniem zimy są tylko szczyty pełne białego puchu, które widać w oddali… zamiast słodkich chwil lenistwa na kanapie, przy kominku, masz chęć zachłysnąć świeżym powietrzem, wciągać zapach kwiatów i słyszeć śpiew ptaków…

No więc ruszyliśmy na podbój;)

Pomyśleliśmy – nie ma się co rozdrabniać… jak zdobywać to od razu całe państwo:) i tak też znaleźliśmy się w Liechtensteinie… Małym górskim państwie, które liczy sobie niecałe 34,000 mieszkańców i określany jest mianem raju podatkowego. Co ciekawe produkt krajowy brutto na jednego obywatela to ponad 105,000$ rocznie.



Zamek księcia
A książę, którego zamek wznosi się na wzgórzu i posiada 138 sypialni, widzi z niego cały swój kraj od jednej granicy po jej kres…


Nam udało się objechać cały kraj w przeciągu pięciu godzin… Przejechaliśmy całe państwo wzdłuż i szerz zaczynając od Szwajcarii aż po granicę z Austrią. Po drodze mając zamysł na mały brunch u króla, no ale niestety nie był stosownie ubrany do okazji by nas przyjąć:) obeszliśmy się zatem pięknym widokiem, który
roztacza się na posiadłość i góry…


Droga na wzgórze