środa, 9 lipca 2014

Z wizytą...

Nastał wakacyjny czas, a więc także czas odwiedzin naszych bliskich...

Niezmiernie miło jest móc ich gościć, spędzić razem trochę czasu...

Fantastycznie żyć w XXI wieku, gdzie nie ma barier komunikacyjnych i jest wiele możliwości porozmawiania on-line, gdy na co dzień jest się kilkaset kilometrów od siebie, ale to nie to samo, co możliwość zjedzenia wspólnie kolacji, czy pójścia na spacer...

Dla nas każdy weekend w Szwajcarii, czy jej okolicach jest jak dwudniowe wakacje, można gdzieś się wybrać, wejść, wrzucić rowery do auta i pojechać na wycieczkę, zmęczyć się, a jednocześnie odpocząć na łonie natury, namiot w samochodzie i noc na polu namiotowym, nad jeziorem... Niezwykłe...

....i właśnie za to najbardziej kochamy Szwajcarię, za jej naturę i to uznajemy za jej największą zaletę, którą chcemy zarazić naszych bliskich, tym samym zachęcając ich do częstszych wizyt... i czasu z nami:)


Podczas wizyty mamy Pawła wybraliśmy się do kantonu Bern, gdzie obraliśmy na celownik szlak na Kandersteg. Okazało się, że jest to mało wymagająca trasa, która wiedzie pośród gór. Droga jest przyjemna, choć mnie wyjątkowo zmęczyła:) Idzie się nią dość szybko i ani się obejrzysz, a już jest widok na przejrzyste, błękitne jezioro.... więc małym kosztem, można się bardzo szybko znaleźć pośród górskiej fauny i flory ciesząc oczy:) Nad jeziorem są paleniska, gdzie nie omieszkaliśmy zjeść polskiej kiełbasy, której cały czas w naszym malutkim zamrażalniku nie brakuje, wręcz przeciwnie jej zapas jakby się rozmnaża:) może te mroźne warunki i ciasnota temu sprzyjają, któż to wie:))))


Drogę powrotną zrobiliśmy sobie przez Berno, gdzie wraz z Kingą udaliśmy się do poleconej przez nią lodziarni... Te loooody spędzają nam sen z powiek odkąd tylko spróbowaliśmy je po raz pierwszy i jak tylko mamy okazję być w tych okolicach ślemy smska do Kingi, czy może wybierze się z nami na lody, a że Kinga jest towarzyska zawsze chętnie taki spacer z nami odbywa:) Tym razem nie wystarczyły nam trzy kulki lodów - ja i Paweł zjedliśmy po 6 na łebka... ale wiecie, co? WARTO BYŁO:))))


W niedzielę również było połączenie miłego i pożytecznego...



Najpierw wycieczka do Enderlinhutte na 1498m w okolicach Liechtensteinu, górskim szlakiem, bardzo wąskim, gdzie przeprawialiśmy się przez strumyki i mostki... Widoki warte zobaczenia:)


Po czym gorące popołudnie spędziliśmy kapiąc się w Walensee. Jest to jezioro położone we wschodniej Szwajcarii, na granicy kantonów Sankt Gallen i Glarus. Na południowym brzegu jeziora rozciągają się małe miasteczka, natomiast wzdłuż północnego brzegu jeziora rozciąga się pasmo górskie. Kąpiel w takiej scenerii jest niezwykle przyjemnym doświadczeniem...



Dzięki temu, że udało nam się w weekend trafić na okno pogodowe, zwiedzić przyjemne miejsca, być w miłym towarzystwie, odetchnąć od codzienności możemy uznać, że należał do przyjemnego czasu...





.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Koktajl z awokado

PySSSSSznościowy!

Początkowo byłam negatywnie nastawiona do tego koktajlu, jako zło konieczne…. dużo witamin, więc dobrze będzie się zmusić i coś takiego wypić, ale okazało się, że jest wyśmienity:)

Składniki:

  • 2 awokado
  • 3 pomarańcze
  • Pietruszka
  • Sok z połowy cytryny
  • Mały jogurt naturalny
  • Szklaneczka soku pomarańczowego (ten składnik wydaje się niepotrzebny, ale bez soku jogurt jest bardzo gęsty, nawet z sokiem takim pozostaje, więc jednak polecam żeby dodać sok)

Wrzucamy jogurt, obrane pomarańcze, z awokado wydłubujemy środeczek i też wrzucamy do blendowania, do tego pietruszka, a także cytryna oraz sok pomarańczowy.

Smacznie i zdrowo!

niedziela, 29 czerwca 2014

BRUNNIHÜTTE



Umówieni na mały górski spacer z Asią, Tomkiem, a także małą Gunią, długo nie myśląc pojechaliśmy do Engelbergu, skąd postanowiliśmy dostać się na wysokość 1860m na Brunnihutte.

Trasa nie jest zbyt trudna, ponieważ sam Engelberg jest na wysokości 1000m, więc podejście stanowi tylko 860m. Ale jak na trzy letnią dziewczynkę, Gunia która pokonała tę trasę w części na własnych nóżkach, po czym na plecach Tomka, a potem Pawła muszę przyznać, że ta trójca była bardzo dzielna!

Początkowo szlak wiedzie przez las, po czym wychodzi się na zieloną łaczkę i przemierza przez ogródek warzywny, który z rozkoszą podziwialiśmy - truskawki, czosnek, rzodkiewka, sałata... pełen zieleninki...

Po drodze w zupełnie jak w bollywodzkim filmie - czasem słońce, czasem deszcz... ale dzięki temu mogliśmy podziwiać śliczną tęczę roztaczającą się nad górami...






środa, 25 czerwca 2014

Słodkie poczynania...

W ramach naszej dietki... w letnim czasie czas na tartę... tym razem owocową:) 

Myślę, że tarta jest idealna by uwieść swoich gości mile łechtając ich podniebienia!!!

Nie z truskawkami jak jest podane w pierwotnym przepisie, a z musem wieloowocowym z wiśni, porzeczek i malin, które akurat zakupiłam i stwierdziłam, że świetnie się nada do tego ciasta... i się nie pomyliłam... 

Masa pana cotta z białej czekolady jest bardzo słodka, więc dodanie kwaśniejszych owoców jest mile widziane choć sądzę, że truskawki z białą czekoladą też komponują się znakomicie dla naszych kupek smakowych:)

Przepis oryginalny został pobrany z tej strony: http://www.mojewypieki.com/przepis/tarta-z-truskawkami


Składniki na kruchy spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g kakao
  • 60 g cukru pudru
  • szczypta soli
  • 100 g masła, zimnego
  • 1 łyżka kwaśnej śmietany 18%
  • 1 żołtko
Wszystkie składniki na kruchy spód wyrobić, zawinąć w folię, schłodzić w lodówce przez 30 - 60 minut.
Po wyjęciu ciasta z lodówki rozwałkować je lub wcisnąć w dno formy na tartę o średnicy 25 cm, wysmarowanej wcześniej masłem i oprószonej mąką. Wyrównać, nakłuć widelcem. Włożyć do lodówki na kolejne 30 minut.
Po tym czasie na ciasto wyłożyć papier do pieczenia, a następnie na papier wysypać specjalne kulki ceramiczne, które obciążą ciasto (może to być również fasola lub ryż). Tak przygotowane ciasto wstępnie podpiec w temperaturze 190ºC przez 15 minut. Następnie papier usunąć, piec kolejne 15 - 20 minut.
Wyjąć z piekarnika, wystudzić.
Panna cotta z białej czekolady:
  • 300 ml śmietany kremówki 36%
  • 100 ml mleka
  • 30 g cukru
  • 170 g białej czekolady, połamanej
  • 1 łyżeczka pasty z wanilii lub ziarenka z 1 laski wanilii
  • 3 łyżeczki żelatyny (12 g) lub 3 listki żelatyny
  • około 400 g truskawek, odszypułkowanych
Do małego garnuszka nasypać żelatynę, zalać 2 łyżkami zimnej wody, odstawić do napęcznienia.
Do garnuszka przelać śmietanę kremówkę i mleko, dodać cukier i wanilię. Wymieszać, doprowadzić do wrzenia. Zdjąć z palnika, dodać połamaną na kostki czekoladę, odstawić na 2 minuty. Po tym czasie wymieszać, do rozpuszczenia się czekolady.
Żelatynę postawić na palniku i podgrzewać, mieszając, do całkowitego jej rozpuszczenia lub podgrzać w mikrofali. Nie doprowadzać do wrzenia (żelatyna straci swoje właściwości żelujące). Rozpuszczoną dodać do ciepłej czekoladowej mieszanki, dokładnie wymieszać do połączenia się. Wystudzić, następnie schłodzić w lodówce do lekkiego zgęstnienia.
Gęstniejącą panna cottę przelać na całkowicie wystudzony kruchy spód tarty. Odstawić do lodówki do całkowitego stężenia. Po czym ułożyć wybrane przez siebie owoce, czy wyłożyć dowolny mus owocowy i odstawić jeszcze na jakiś czas do lodówki. Najlepiej ciasto wykonać wieczorem by miało całą noc na miłą drzemkę w chłodnym miejscu.
Życzę smacznego!
Moja sugestia, aby przyspieszyć troszkę robienie ciasta, to najpierw wykonać masę pana cotta, ona bowiem długo dłużej tężeje niż studzi się kruchy spód czekoladowy, tylko po włożeniu jej do lodówki uważajmy, bo jej czas tężenia przyspiesza:)

Mmm... Myślę sobie, że doskonałym połączeniem do musu, na wierzch ciasta mogłyby być płatki migdałowe, gdybyście mieli ochotę:) 

Smacznego!





sobota, 21 czerwca 2014

Konstancja

Konstancja to miasto, które leży nad Jeziorem Bodeńskim w miejscu, w którym wypływa z niego rzeka Ren, na granicy ze SzwajcariąBliskość Szwajcarii miała historyczny wpływ na Konstancję, ponieważ mimo wojen na terenie Niemiec, miasto to, nie zostało nigdy zniszczone. Historyczne centrum miasta znajduje się dziś na lewym (południowym) brzegu Renu. 

Do Konstanz, bo tak nazywane jest przez Niemców, zawitaliśmy już po raz drugi... i jakże było inne nasze wrażenie. Zwiedzać je właściwie samotnie w okolicach lutego, przechadzając się po ładnym, zabytkowym i spokojnym rynku, zalanym deszczem... Dostrzegliśmy uroki starego miasta, kościołów...

Ale dziś w pierwszy dzień lata - 21 czerwca to już zupełnie inne miasto... Zazieleniło się, tłumy wyległy na brzegi jeziora bodeńskiego, na starówce i starsi i młodzi przemykający ślicznymi uliczkami... Knajpy przyjmujący swoich klientów przy stolikach wystawionych na zewnątrz... Muzyka... Wrzawa... Widać, że miasto wróciło do żywych:)

My tym razem zabraliśmy ze sobą rowery i tu miłe zaskoczenie... W Konstanz jest cała sieć dróżek rowerowych, przejazdów, tunelów, podziałów na prawo i lewo, małe skrzyżowania... Nawet raz z tego wszystkiego się zgubiliśmy:) Jednak to wszystko sprzyja zdrowiu i bezpiecznemu poruszaniu się po drodze! Nie ma obawy, że jakiś samochód Cię strąbi, czy potrąci... Po za tym rowerami jeżdżą ludzie w każdym wieku i w każdym celu! Przyjemnie, nawet bardzo!

Naszym celem była wyspa Mainau. Popularnie nazywana wyspą kwiatów, która znajduje się na Jeziorze Bodeńskim. Niegdyś mieszkał na niej były książę Szwecji, hrabia Lennart Bernadotte. Znalazł się na niej, po tym jak wybrał małżeństwo z miłości i przeciwstawił się królowi. Utracił wtedy prawo do korony szwedzkiej i przeniósł się do Niemiec Zachodnich. Zyskali na tym amatorzy pięknych ogrodów, ponieważ hrabia był botanikiem z zamiłowania i zmienił wyspę w przepiękne tereny zielone, gdzie dziś można podziwiać kwiaty z różnych stron świata, a tam gdzie kwiaty są także motyle. Tutaj na wyspie jest nawet specjalne zbudowany dla nich pawilon. Wyspa to jednak nie tylko kwiaty, ale także barokowy pałac, wzniesiony jeszcze, gdy teren ten należał do zakonu krzyżackiego.

Celem była, ale cel nie został osiągnięty:) za to poboczne skutki były i są bardzo miłe... Bowiem nasz balkon bardzo się wzbogacił po wizycie w OBI:) gdzie spędziliśmy przedpołudnie... mieliśmy dokupić tylko jeden kwiat i worek ziemi, ale oboje nas poniosła wyobraźnia i kupiliśmy małe pole kwiatowo- drzewne - jeszcze ten, a może ten zielony, a ten jest w promocji, to jego też weźmy, bo taki ładny... więc zamiast być na wyspie kwiatów, urządziliśmy sobie swoją własną... Skarczowaliśmy nasze truskawkowe pole w jednej z doniczek, wsadziliśmy bluszcze... W naszym ogródku zagościły także zioła:) Teraz cudów co nie miara:))))

Ładnie jest... :) 









piątek, 20 czerwca 2014

No i jest... Makowiec

Mój własny:) Pierwszy w życiu!

Słodkie... małe, co nie co...

Letnie klimaty raczej sprzyjają robieniu przetworów i ciast z owocami, ale jakoś tak zatęskniło mi się za tym smakiem, kiedy pomyślałam o tym, co chciałabym żeby mi przywieść z Polski...

Oczywiście na myśl przyszły mi pączki, ale za domowymi nie przepadam i jagodzianki, tyle tylko, że jeszcze nie czas na jagody... A że miałam masę makową postanowiłam to wykorzystać i szybciutko zajrzałam na stronę Moje Wypieki, gdzie autorka przepisu twierdzi, że to ciasto zawsze się udaje, a w mojej głowie była myśl, że makowiec to ciasto dla doświadczonych cukierników, skomplikowane i czasochłonne... Na szczęście Pani z portalu Moje Wypieki miała rację i wyszło wyśmienicie... Makowiec jest mięciutki, wypieczony i nie ma przy nim zbyt dużo pracy, szczególnie jeśli chodzi o zjedzenie go:) Jedyne, co bym zmieniła to dodała więcej cukru do ciasta, ponieważ jest dość mało słodkie, albo zrobiła słodszą polewę lukrową, ale może to kwestia gustu, a mój gust lubi cukier:)))))







Załączam przepis, z którego te pyszności powstały.

Ciasto drożdżowe na 3 strucle:(choć mnie wyszły dwie)

·         3 szklanki mąki pszennej + 3 łyżki do podsypywania
·         180 ml letniego mleka
·         150 g masła, roztopionego i przestudzonego
·         6 żółtek 
·         45 g świeżych drożdży lub 21 g drożdży suchych
·         6 łyżek cukru
·         pół łyżeczki soli
·         1,5 łyżki spirytusu (lub wódki, rumu, likieru migdałowego)
·         ziarenka z 1 laski wanilii lub 1 łyżeczka pasty waniliowej

Drożdże suche wymieszać z mąką pszenną (z drożdży świeżych zrobić rozczyn). Dodać pozostałe składniki i wyrobić ciasto, dodając pod koniec rozpuszczony tłuszcz. Z ciasta ukształtować kulę, przełożyć do większego naczynia, przykryć lnianym ręczniczkiem. Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Ciasto powinno podwoić objętość (od 1 do 1,5 godziny).

Masa makowa:(przyznaję się, ja użyłam maku z puszki, innej zresztą opcji nie miałam, ponieważ w naszych sklapach mak jest niedostępnym towarem luksusowym):

·         500 g maku
·         170 g jasnego brązowego cukru
·         100 g rodzynków lub sułtanków
·         50 g orzechów włoskich, posiekanych
·         3 łyżki miodu
·         2 łyżeczki ekstraktu z migdałów lub aromatu migdałowego
·         1 łyżeczka cynamonu 
·         1 łyżka masła, w temperaturze pokojowej
·         pół szklanki kandyzowanej skórki pomarańczowej
·         6 białek
Mak zalać wrzącą wodą (do pokrycia), odstawić do wystygnięcia, odsączyć z nadmiaru wody, dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem. 
/Mak można też zalać wrzątkiem do przykrycia i gotować przez 20 minut, odcisnąć z nadmiaru wody i wystudzić. Dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem/.
Do zmielonego maku dodać pozostałe składniki, wymieszać. Na końcu delikatnie wymieszać z ubitymi na sztywno białkami, które pozostały z ciasta.
Wykonanie
Ciasto drożdżowe podzielić na 3 części, rozwałkować na prostokątne placki o grubości około 3 mm, nałożyć masę makową, zostawiając około 2 cm od samego brzegu. Zwinąć (jak roladę), a końce makowców podłożyć pod spód. Każdy z makowców przenieść na posmarowany olejem papier do pieczenia, zawinąć w niego dwukrotnie, pozostawiając około 1 cm luzu pomiędzy ciastem a papierem (nie więcej). 
Nie jest konieczne pozostawianie uformowanych makowców do ponownego wyrośnięcia, ale można je odłożyć na 15 minut w ciepłe miejsce.
Uwaga: jeśli ciasto jest zbyt klejące, podsypać delikatnie mąką w celu zawinięcia masy.
Makowce ułożyć na dużej blaszce, w sporych odstępach od siebie.
Piec w temperaturze 190ºC przez około 30 - 40 minut, do złotego brązowego koloru (kolor będzie wyraźnie przebijał przez papier). Wyjąć, rozciąć papier od góry, przestudzić.
Jeszcze ciepłe ciasto (nie gorące!) polać lukrem i posypać suchym makiem.
Składniki na lukier:
·         1 szklanka cukru pudru
·         3 - 4 łyżki gorącej wody
Cukier puder wsypać do miseczki. Rozetrzeć z gorącą wodą przy pomocy wypukłej strony łyżki. Gdy lukier będzie zbyt gęsty – dodać odrobinę wody. Gdy będzie zbyt rzadki, dosypać cukru pudru. Jeśli lukru będzie zbyt mało - dorobić.

Smacznego!