środa, 9 lipca 2014

Z wizytą...

Nastał wakacyjny czas, a więc także czas odwiedzin naszych bliskich...

Niezmiernie miło jest móc ich gościć, spędzić razem trochę czasu...

Fantastycznie żyć w XXI wieku, gdzie nie ma barier komunikacyjnych i jest wiele możliwości porozmawiania on-line, gdy na co dzień jest się kilkaset kilometrów od siebie, ale to nie to samo, co możliwość zjedzenia wspólnie kolacji, czy pójścia na spacer...

Dla nas każdy weekend w Szwajcarii, czy jej okolicach jest jak dwudniowe wakacje, można gdzieś się wybrać, wejść, wrzucić rowery do auta i pojechać na wycieczkę, zmęczyć się, a jednocześnie odpocząć na łonie natury, namiot w samochodzie i noc na polu namiotowym, nad jeziorem... Niezwykłe...

....i właśnie za to najbardziej kochamy Szwajcarię, za jej naturę i to uznajemy za jej największą zaletę, którą chcemy zarazić naszych bliskich, tym samym zachęcając ich do częstszych wizyt... i czasu z nami:)


Podczas wizyty mamy Pawła wybraliśmy się do kantonu Bern, gdzie obraliśmy na celownik szlak na Kandersteg. Okazało się, że jest to mało wymagająca trasa, która wiedzie pośród gór. Droga jest przyjemna, choć mnie wyjątkowo zmęczyła:) Idzie się nią dość szybko i ani się obejrzysz, a już jest widok na przejrzyste, błękitne jezioro.... więc małym kosztem, można się bardzo szybko znaleźć pośród górskiej fauny i flory ciesząc oczy:) Nad jeziorem są paleniska, gdzie nie omieszkaliśmy zjeść polskiej kiełbasy, której cały czas w naszym malutkim zamrażalniku nie brakuje, wręcz przeciwnie jej zapas jakby się rozmnaża:) może te mroźne warunki i ciasnota temu sprzyjają, któż to wie:))))


Drogę powrotną zrobiliśmy sobie przez Berno, gdzie wraz z Kingą udaliśmy się do poleconej przez nią lodziarni... Te loooody spędzają nam sen z powiek odkąd tylko spróbowaliśmy je po raz pierwszy i jak tylko mamy okazję być w tych okolicach ślemy smska do Kingi, czy może wybierze się z nami na lody, a że Kinga jest towarzyska zawsze chętnie taki spacer z nami odbywa:) Tym razem nie wystarczyły nam trzy kulki lodów - ja i Paweł zjedliśmy po 6 na łebka... ale wiecie, co? WARTO BYŁO:))))


W niedzielę również było połączenie miłego i pożytecznego...



Najpierw wycieczka do Enderlinhutte na 1498m w okolicach Liechtensteinu, górskim szlakiem, bardzo wąskim, gdzie przeprawialiśmy się przez strumyki i mostki... Widoki warte zobaczenia:)


Po czym gorące popołudnie spędziliśmy kapiąc się w Walensee. Jest to jezioro położone we wschodniej Szwajcarii, na granicy kantonów Sankt Gallen i Glarus. Na południowym brzegu jeziora rozciągają się małe miasteczka, natomiast wzdłuż północnego brzegu jeziora rozciąga się pasmo górskie. Kąpiel w takiej scenerii jest niezwykle przyjemnym doświadczeniem...



Dzięki temu, że udało nam się w weekend trafić na okno pogodowe, zwiedzić przyjemne miejsca, być w miłym towarzystwie, odetchnąć od codzienności możemy uznać, że należał do przyjemnego czasu...





.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Koktajl z awokado

PySSSSSznościowy!

Początkowo byłam negatywnie nastawiona do tego koktajlu, jako zło konieczne…. dużo witamin, więc dobrze będzie się zmusić i coś takiego wypić, ale okazało się, że jest wyśmienity:)

Składniki:

  • 2 awokado
  • 3 pomarańcze
  • Pietruszka
  • Sok z połowy cytryny
  • Mały jogurt naturalny
  • Szklaneczka soku pomarańczowego (ten składnik wydaje się niepotrzebny, ale bez soku jogurt jest bardzo gęsty, nawet z sokiem takim pozostaje, więc jednak polecam żeby dodać sok)

Wrzucamy jogurt, obrane pomarańcze, z awokado wydłubujemy środeczek i też wrzucamy do blendowania, do tego pietruszka, a także cytryna oraz sok pomarańczowy.

Smacznie i zdrowo!

niedziela, 29 czerwca 2014

BRUNNIHÜTTE



Umówieni na mały górski spacer z Asią, Tomkiem, a także małą Gunią, długo nie myśląc pojechaliśmy do Engelbergu, skąd postanowiliśmy dostać się na wysokość 1860m na Brunnihutte.

Trasa nie jest zbyt trudna, ponieważ sam Engelberg jest na wysokości 1000m, więc podejście stanowi tylko 860m. Ale jak na trzy letnią dziewczynkę, Gunia która pokonała tę trasę w części na własnych nóżkach, po czym na plecach Tomka, a potem Pawła muszę przyznać, że ta trójca była bardzo dzielna!

Początkowo szlak wiedzie przez las, po czym wychodzi się na zieloną łaczkę i przemierza przez ogródek warzywny, który z rozkoszą podziwialiśmy - truskawki, czosnek, rzodkiewka, sałata... pełen zieleninki...

Po drodze w zupełnie jak w bollywodzkim filmie - czasem słońce, czasem deszcz... ale dzięki temu mogliśmy podziwiać śliczną tęczę roztaczającą się nad górami...






środa, 25 czerwca 2014

Słodkie poczynania...

W ramach naszej dietki... w letnim czasie czas na tartę... tym razem owocową:) 

Myślę, że tarta jest idealna by uwieść swoich gości mile łechtając ich podniebienia!!!

Nie z truskawkami jak jest podane w pierwotnym przepisie, a z musem wieloowocowym z wiśni, porzeczek i malin, które akurat zakupiłam i stwierdziłam, że świetnie się nada do tego ciasta... i się nie pomyliłam... 

Masa pana cotta z białej czekolady jest bardzo słodka, więc dodanie kwaśniejszych owoców jest mile widziane choć sądzę, że truskawki z białą czekoladą też komponują się znakomicie dla naszych kupek smakowych:)

Przepis oryginalny został pobrany z tej strony: http://www.mojewypieki.com/przepis/tarta-z-truskawkami


Składniki na kruchy spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g kakao
  • 60 g cukru pudru
  • szczypta soli
  • 100 g masła, zimnego
  • 1 łyżka kwaśnej śmietany 18%
  • 1 żołtko
Wszystkie składniki na kruchy spód wyrobić, zawinąć w folię, schłodzić w lodówce przez 30 - 60 minut.
Po wyjęciu ciasta z lodówki rozwałkować je lub wcisnąć w dno formy na tartę o średnicy 25 cm, wysmarowanej wcześniej masłem i oprószonej mąką. Wyrównać, nakłuć widelcem. Włożyć do lodówki na kolejne 30 minut.
Po tym czasie na ciasto wyłożyć papier do pieczenia, a następnie na papier wysypać specjalne kulki ceramiczne, które obciążą ciasto (może to być również fasola lub ryż). Tak przygotowane ciasto wstępnie podpiec w temperaturze 190ºC przez 15 minut. Następnie papier usunąć, piec kolejne 15 - 20 minut.
Wyjąć z piekarnika, wystudzić.
Panna cotta z białej czekolady:
  • 300 ml śmietany kremówki 36%
  • 100 ml mleka
  • 30 g cukru
  • 170 g białej czekolady, połamanej
  • 1 łyżeczka pasty z wanilii lub ziarenka z 1 laski wanilii
  • 3 łyżeczki żelatyny (12 g) lub 3 listki żelatyny
  • około 400 g truskawek, odszypułkowanych
Do małego garnuszka nasypać żelatynę, zalać 2 łyżkami zimnej wody, odstawić do napęcznienia.
Do garnuszka przelać śmietanę kremówkę i mleko, dodać cukier i wanilię. Wymieszać, doprowadzić do wrzenia. Zdjąć z palnika, dodać połamaną na kostki czekoladę, odstawić na 2 minuty. Po tym czasie wymieszać, do rozpuszczenia się czekolady.
Żelatynę postawić na palniku i podgrzewać, mieszając, do całkowitego jej rozpuszczenia lub podgrzać w mikrofali. Nie doprowadzać do wrzenia (żelatyna straci swoje właściwości żelujące). Rozpuszczoną dodać do ciepłej czekoladowej mieszanki, dokładnie wymieszać do połączenia się. Wystudzić, następnie schłodzić w lodówce do lekkiego zgęstnienia.
Gęstniejącą panna cottę przelać na całkowicie wystudzony kruchy spód tarty. Odstawić do lodówki do całkowitego stężenia. Po czym ułożyć wybrane przez siebie owoce, czy wyłożyć dowolny mus owocowy i odstawić jeszcze na jakiś czas do lodówki. Najlepiej ciasto wykonać wieczorem by miało całą noc na miłą drzemkę w chłodnym miejscu.
Życzę smacznego!
Moja sugestia, aby przyspieszyć troszkę robienie ciasta, to najpierw wykonać masę pana cotta, ona bowiem długo dłużej tężeje niż studzi się kruchy spód czekoladowy, tylko po włożeniu jej do lodówki uważajmy, bo jej czas tężenia przyspiesza:)

Mmm... Myślę sobie, że doskonałym połączeniem do musu, na wierzch ciasta mogłyby być płatki migdałowe, gdybyście mieli ochotę:) 

Smacznego!





sobota, 21 czerwca 2014

Konstancja

Konstancja to miasto, które leży nad Jeziorem Bodeńskim w miejscu, w którym wypływa z niego rzeka Ren, na granicy ze SzwajcariąBliskość Szwajcarii miała historyczny wpływ na Konstancję, ponieważ mimo wojen na terenie Niemiec, miasto to, nie zostało nigdy zniszczone. Historyczne centrum miasta znajduje się dziś na lewym (południowym) brzegu Renu. 

Do Konstanz, bo tak nazywane jest przez Niemców, zawitaliśmy już po raz drugi... i jakże było inne nasze wrażenie. Zwiedzać je właściwie samotnie w okolicach lutego, przechadzając się po ładnym, zabytkowym i spokojnym rynku, zalanym deszczem... Dostrzegliśmy uroki starego miasta, kościołów...

Ale dziś w pierwszy dzień lata - 21 czerwca to już zupełnie inne miasto... Zazieleniło się, tłumy wyległy na brzegi jeziora bodeńskiego, na starówce i starsi i młodzi przemykający ślicznymi uliczkami... Knajpy przyjmujący swoich klientów przy stolikach wystawionych na zewnątrz... Muzyka... Wrzawa... Widać, że miasto wróciło do żywych:)

My tym razem zabraliśmy ze sobą rowery i tu miłe zaskoczenie... W Konstanz jest cała sieć dróżek rowerowych, przejazdów, tunelów, podziałów na prawo i lewo, małe skrzyżowania... Nawet raz z tego wszystkiego się zgubiliśmy:) Jednak to wszystko sprzyja zdrowiu i bezpiecznemu poruszaniu się po drodze! Nie ma obawy, że jakiś samochód Cię strąbi, czy potrąci... Po za tym rowerami jeżdżą ludzie w każdym wieku i w każdym celu! Przyjemnie, nawet bardzo!

Naszym celem była wyspa Mainau. Popularnie nazywana wyspą kwiatów, która znajduje się na Jeziorze Bodeńskim. Niegdyś mieszkał na niej były książę Szwecji, hrabia Lennart Bernadotte. Znalazł się na niej, po tym jak wybrał małżeństwo z miłości i przeciwstawił się królowi. Utracił wtedy prawo do korony szwedzkiej i przeniósł się do Niemiec Zachodnich. Zyskali na tym amatorzy pięknych ogrodów, ponieważ hrabia był botanikiem z zamiłowania i zmienił wyspę w przepiękne tereny zielone, gdzie dziś można podziwiać kwiaty z różnych stron świata, a tam gdzie kwiaty są także motyle. Tutaj na wyspie jest nawet specjalne zbudowany dla nich pawilon. Wyspa to jednak nie tylko kwiaty, ale także barokowy pałac, wzniesiony jeszcze, gdy teren ten należał do zakonu krzyżackiego.

Celem była, ale cel nie został osiągnięty:) za to poboczne skutki były i są bardzo miłe... Bowiem nasz balkon bardzo się wzbogacił po wizycie w OBI:) gdzie spędziliśmy przedpołudnie... mieliśmy dokupić tylko jeden kwiat i worek ziemi, ale oboje nas poniosła wyobraźnia i kupiliśmy małe pole kwiatowo- drzewne - jeszcze ten, a może ten zielony, a ten jest w promocji, to jego też weźmy, bo taki ładny... więc zamiast być na wyspie kwiatów, urządziliśmy sobie swoją własną... Skarczowaliśmy nasze truskawkowe pole w jednej z doniczek, wsadziliśmy bluszcze... W naszym ogródku zagościły także zioła:) Teraz cudów co nie miara:))))

Ładnie jest... :) 









piątek, 20 czerwca 2014

No i jest... Makowiec

Mój własny:) Pierwszy w życiu!

Słodkie... małe, co nie co...

Letnie klimaty raczej sprzyjają robieniu przetworów i ciast z owocami, ale jakoś tak zatęskniło mi się za tym smakiem, kiedy pomyślałam o tym, co chciałabym żeby mi przywieść z Polski...

Oczywiście na myśl przyszły mi pączki, ale za domowymi nie przepadam i jagodzianki, tyle tylko, że jeszcze nie czas na jagody... A że miałam masę makową postanowiłam to wykorzystać i szybciutko zajrzałam na stronę Moje Wypieki, gdzie autorka przepisu twierdzi, że to ciasto zawsze się udaje, a w mojej głowie była myśl, że makowiec to ciasto dla doświadczonych cukierników, skomplikowane i czasochłonne... Na szczęście Pani z portalu Moje Wypieki miała rację i wyszło wyśmienicie... Makowiec jest mięciutki, wypieczony i nie ma przy nim zbyt dużo pracy, szczególnie jeśli chodzi o zjedzenie go:) Jedyne, co bym zmieniła to dodała więcej cukru do ciasta, ponieważ jest dość mało słodkie, albo zrobiła słodszą polewę lukrową, ale może to kwestia gustu, a mój gust lubi cukier:)))))







Załączam przepis, z którego te pyszności powstały.

Ciasto drożdżowe na 3 strucle:(choć mnie wyszły dwie)

·         3 szklanki mąki pszennej + 3 łyżki do podsypywania
·         180 ml letniego mleka
·         150 g masła, roztopionego i przestudzonego
·         6 żółtek 
·         45 g świeżych drożdży lub 21 g drożdży suchych
·         6 łyżek cukru
·         pół łyżeczki soli
·         1,5 łyżki spirytusu (lub wódki, rumu, likieru migdałowego)
·         ziarenka z 1 laski wanilii lub 1 łyżeczka pasty waniliowej

Drożdże suche wymieszać z mąką pszenną (z drożdży świeżych zrobić rozczyn). Dodać pozostałe składniki i wyrobić ciasto, dodając pod koniec rozpuszczony tłuszcz. Z ciasta ukształtować kulę, przełożyć do większego naczynia, przykryć lnianym ręczniczkiem. Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Ciasto powinno podwoić objętość (od 1 do 1,5 godziny).

Masa makowa:(przyznaję się, ja użyłam maku z puszki, innej zresztą opcji nie miałam, ponieważ w naszych sklapach mak jest niedostępnym towarem luksusowym):

·         500 g maku
·         170 g jasnego brązowego cukru
·         100 g rodzynków lub sułtanków
·         50 g orzechów włoskich, posiekanych
·         3 łyżki miodu
·         2 łyżeczki ekstraktu z migdałów lub aromatu migdałowego
·         1 łyżeczka cynamonu 
·         1 łyżka masła, w temperaturze pokojowej
·         pół szklanki kandyzowanej skórki pomarańczowej
·         6 białek
Mak zalać wrzącą wodą (do pokrycia), odstawić do wystygnięcia, odsączyć z nadmiaru wody, dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem. 
/Mak można też zalać wrzątkiem do przykrycia i gotować przez 20 minut, odcisnąć z nadmiaru wody i wystudzić. Dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem/.
Do zmielonego maku dodać pozostałe składniki, wymieszać. Na końcu delikatnie wymieszać z ubitymi na sztywno białkami, które pozostały z ciasta.
Wykonanie
Ciasto drożdżowe podzielić na 3 części, rozwałkować na prostokątne placki o grubości około 3 mm, nałożyć masę makową, zostawiając około 2 cm od samego brzegu. Zwinąć (jak roladę), a końce makowców podłożyć pod spód. Każdy z makowców przenieść na posmarowany olejem papier do pieczenia, zawinąć w niego dwukrotnie, pozostawiając około 1 cm luzu pomiędzy ciastem a papierem (nie więcej). 
Nie jest konieczne pozostawianie uformowanych makowców do ponownego wyrośnięcia, ale można je odłożyć na 15 minut w ciepłe miejsce.
Uwaga: jeśli ciasto jest zbyt klejące, podsypać delikatnie mąką w celu zawinięcia masy.
Makowce ułożyć na dużej blaszce, w sporych odstępach od siebie.
Piec w temperaturze 190ºC przez około 30 - 40 minut, do złotego brązowego koloru (kolor będzie wyraźnie przebijał przez papier). Wyjąć, rozciąć papier od góry, przestudzić.
Jeszcze ciepłe ciasto (nie gorące!) polać lukrem i posypać suchym makiem.
Składniki na lukier:
·         1 szklanka cukru pudru
·         3 - 4 łyżki gorącej wody
Cukier puder wsypać do miseczki. Rozetrzeć z gorącą wodą przy pomocy wypukłej strony łyżki. Gdy lukier będzie zbyt gęsty – dodać odrobinę wody. Gdy będzie zbyt rzadki, dosypać cukru pudru. Jeśli lukru będzie zbyt mało - dorobić.

Smacznego!


środa, 18 czerwca 2014

Leglerhutte



Niedziela... w tę niedzielę wraz z Kingą i Viktorem postanowiliśmy ruszyć w góry... Miało być niezbyt wysoko, za to ładnie, miło, lekko i przyjemnie... Traska na dwie i pół godziny, dobry lunch i powrót... Ale jak to w górach, zostaliśmy zaskoczeni:)

Pierwszy raz chcieliśmy się udać do schroniska... Owszem na wszystkich alpejskich szczytach nie brakuje hoteli, ale tutaj miało być prawdziwe schronisko, takie z jakimi spotykamy się na polskich szlakach... Naszym celem była Leglerhutte... 

Zaglądając do internetu utwierdziliśmy się w przekonaniu, że schronisko, jak schronisko wygląda zwyczajnie, jednak ceny noclegu jak na polskie warunki klarują się na hotel wysokiej klasy, nawet jak na Szwajcarię wydało nam się to drogo, bo po 68chf od osoby, w pokoju 6 osobowym! Na szczęście nie zamierzaliśmy nocować tylko podziwiać widoczki:)

Idąc szlakiem, gdy tylko pierwsza tabliczka ukazała się naszym oczom, okazało się, że do schroniska nie jest 2.5h, a 5... Na tę porę i nasze przygotowanie była to, więc trasa nie możliwa do zrealizowania, ale ruszyliśmy w górę... z każdym krokiem robiło się zimniej i zimniej, po przejściu 3h stwierdziliśmy ENOUGH... zasiedliśmy na pastwisku... wyciągnęliśmy muffinki i mentosy, nie wiele, ale różowe mentosy - pierwsza klasa:))) po czym zaczęliśmy schodzić w dół... 


i tu miłe zaskoczenie... spotkaliśmy na naszym szlaku kozy, szwajcarskie kozy dziko żyjące:) jak tylko nas zobaczyły umykały na prędce, jak smerfy przed Gargamelem, ale i tak fajnie było je zobaczyć:) bo to chyba pierwsze alpejskie, dzikie zwierzęta, które ukazały się naszym oczom...


wtorek, 17 czerwca 2014

Międzynarodowo

Było dokładnie tak jak lubię...

Dużo zamieszania...

Dużo ludzi...

I jeszcze więcej śmiechu!

A wszystko zaczęło się bardzo niewinnie... Od zamrażalki i mięsa... Może trudno w to uwierzyć, ale to wspaniałe połączenie lub raczej jego brak, który może zwiastować sympatyczne spotkanie! I tak też się stało w naszym przypadku...


Przy okazji wizyty taty, który myśli, że z racji wysokich cen żywności w Szwajcarii, mięsa, którego koszty są jak złoto, jesteśmy z Pawłem na diecie oszczędnościowej:) i jak tylko zawitał w nasze skromne progi nie mogło zabraknąć wielkiego kawała karkówki, kilkunastu pętek kiełbasy i innych takich... Oczywiście to bardzo miło i pysznie ze strony taty, tyle tylko, że we dwie osoby bardzo ciężko to przejeść, a nasza zamrażalka jest maleńka... Dodając do tego nasze plany robienia własnych lodów i niezbędnego ku temu miejsca w zamrażalce, postanowiliśmy urządzić imprezę:)







Brzmi dumnie:) co?

A tymczasem, tak na prawdę było to grillowo- ogniskowe spotkanie przy pysznym jedzeniu, piwku, w bardzo sympatycznym gronie z chwilami napięcia niby w filmie akcji, lekkim dramatem przy poszukiwaniu drogi i czasie, który ona zajęła, a także komediowymi rozwiązaniami zakończonymi przy kieliszku wiśniówki przywiezionej z Polski w plastikowej, samolotowej flaszeczce:)

Fajnie, że wszyscy dotarliście!

Oby częściej...



środa, 11 czerwca 2014

Meannlichen

Pomyśleliśmy, że nie ma co zwlekać i czas ruszyć w góry... jak pomyśleliśmy tak też zrobiliśmy:)

Spakowaliśmy nasz namiocik, śpiwory i tym razem tylko niezbędne rzeczy wyciągając wnioski z naszej poprzedniej przygody:) choć to Szwajcaria, więc realia są tu jednak inne... ale jak lepiej losu już nie kusić:)

Maennlichen stanęło przed nami otworem... Stojąc u jej podnóża miałam duże wątpliwości, czy aby dobry szczyt wybraliśmy na pierwszy w tym roku górski spacer... Czy Paweł jest pewny, że to tam mamy wejść?! Wysoka ta góra 2343 m n.p.m, no ale jak się powiedziało A... należy powiedzieć B... założyliśmy górskie buty i w górę...

Pierwsza część trasy, która prowadziła do miejscowości Wengen była dość uczęszczaną trasą, ale po przejściu tego miłego miasteczka zostaliśmy na szlaku właściwie sami... Idąc przez las, słysząc śpiew ptaków, rozkoszując się otaczającą nas ciszą było można odnieść wrażenie, że całkiem łatwo nam pójdzie, ale okazało się to złudne... Trasa była długa na 4.5h, dość stroma i przejście 10km pod górę co by nie było jest wysiłkowe, a kiedy dodamy do tego panujący upał stało się to wyzwaniem!

Ale udało się... choć jeśli o mnie chodzi dokonane to zostało ostatkiem sił... i mimo powtarzanych przez drogę słów, że jak znajdziemy się na górze to padam plackiem i przez pół godziny leżę, postanowienie nie zostało spełnione, bo zamiast plażowania było można sobie, co najwyżej ulepić bałwana:) A nasza chęć powrotu inną drogą okazała się nie możliwą do spełnienia, ponieważ trasa była jeszcze zamknięta ze względu na zagrożenie lawinowe...

Wieczorem znaleźliśmy się pierwszy raz na szwajcarskim campingu i było to bardzo przyjemne miejsce...zaciszne, nad jeziorem, ale my marzyliśmy tylko o prysznicu... i co poniektórzy o oglądaniu X-Mena:)

W poniedziałek, który był dniem ustawowo wolnym w Szwajcarii zaplanowana była wycieczka rowerowa dookoła Thunsee... Wstępna droga wiodła raz z górki, raz pod górkę, ale cały czas nad nami były skały, które dawały nam wspaniały cień, lekki wiaterek i jazda była przyjemnością... W Thun zrobiliśmy sobie przerwę na lunch - bułeczka, zimny soczek, zielona trawka... pysznie, miło i przyjemnie... nic jeszcze nie zwiastowało tego, że kolejne 30km okażą się męczarnią w pełnym słońcu... większość drogi była już prosta, ale w lejącym się z nieba żarze 35 stopni, których działanie potęgował asfalt, po którym przemierzaliśmy trasę!

Jechaliśmy oglądając się z tęsknotą na tych, co plażowali nad lazurową wodą, na skałach, zielonej trawce, łapiących wiatr w żagle... a my tylko asfalt i dwa kółka... na szczęście udało się dotrzeć do celu, szybciutko wskoczyć w kostiumy i pomoczyć się w chłodnym jeziorze pośród gór:)

Nagrodą trudów tego weekendu było wspaniałe samopoczucie, zakończone PRZEpysznymi, WIELKIMI lodami z naszymi znajomymi w Bernie... Jeszcze czuje smak tej czekolady... mniam:)









Enklawa

No i jest...

Nasz ogród... Pełen warzyw, kwiatów, krzewów, a także sadzonek... Jak to Ula dziś rzekła - chyba obie się starzejemy skoro takowe pomysły chodzą nam pogłowie jak własne ogródki, nie tylko ozdobne, ale z uprawą ziół i warzyw:) Ponieważ każda z nas takową hodowlę w tym roku rozpoczęła...


I tak oto na naszym balkonie możecie znaleźć zasiany groch, pomidory oraz słoneczniki, a także truskawki:) jednak po zasianiu ich pewności nie było, że coś z tego będzie, więc popędziłam do sklepu i zakupiłam także kapryśną lawendę, piękną różyczkę, a także paprykę i krzak pomidorków koktajlowych:)



Co by nie było za pomocą kilku zielonych listków, świeczek, lampionów zwykły balkonu stał się miejscem romantycznych kolacji przy świecach, śniadań we dwoje... małą, niespieszną oazą na chwilę wspólnego relaksu na dobry początek dnia lub jego zakończenie....








środa, 4 czerwca 2014

Po tamtej stronie Alp....

foto by Martyna
Czyli włosko- francuskie wakacje.... z uroczymi widokami, pysznymi lodami i niezapomnianą końcówką...

Zaczęło się od południa Szwajcarii... Nie spodziewaliśmy się, że w tak niewielkim państwie jak Szwajcaria jest tak bardzo widoczna różnica kulturowa... Oczywiście jesteśmy świadomi podziału choćby pod względem językowym, w Szwajcarii obowiązują bowiem cztery języki urzędowe, ale po przejechaniu na drugą stronę Alp zmienia się całkowicie klimat, ludziom bliżej do frywolnych Włochów niż do uporządkowanych Niemców, inne stroje, jadłospis... Czystość pozostaje jednak nieskazitelna, a widoki zapierają dech... Lody w Lugano są lepsze niż wszystkie, które jedliśmy na włoskim wybrzeżu... A obraz, który nam się ukazał kojarzy się z Edenem... istny Avatar...

Po odebraniu naszych przyjaciół w niedzielny poranek z lotnika, przejechaliśmy całe Włochy od Pizy, gdzie fotografowaliśmy się z krzywią wierzą, przez małe bardziej i mnie urocze włoskie miasteczka jak Lerici, Portofino, objadając się włoskimi lodami... Przejechaliśmy w dobrych nastrojach na stronę francuską, gdzie zwiedziliśmy jedno z najbogatszych państw świata, a jednocześnie drugi najmniejszy kraj Europy, gdzie przypada najwięcej milionerów na kilometr kwadratowy - 2000 milionerów i 50 miliarderów w państwie liczącym nieco ponad 30 000 mieszkańców na niecałe 2 kilometry kwadratowe:) Monako.... 
foto by Martyna

Było też Saint Tropez, gdzie żandarm ganiał nudystów, nawet udaliśmy się na takową plażę, która wzbudzała duże zainteresowanie w Pawle i nie pytając naszych współpodróżników, podpuszczając ich zawiózł nas tam, ale żadnego o tej porze roku jeszcze nie było... choć trzeba przyznać, że plaże piękne - długie, piaszczyste, cudne... Morze jak na Lazurowe Wybrzeże przystało błękitne:)

Z tego jakże małego uroczego miasteczka, o niskiej zabudowie udaliśmy się do Cannes, gdzie trafiliśmy wprost w światła jupiterów:) Bowiem akurat w czasie, w którym byliśmy trwał festiwal filmowy... No i nawet podążając za tłumem stanęliśmy pod obleganym hotelem, czekając na gwiazdy... Paweł niczym paparazzi polujący na swą zwierzynę z aparatem... i wielkim zaangażowaniem... no i pojawiły się jakieś dziewczyny, piękne, odstawione, tylko niestety my chyba nie jesteśmy zbyt na bieżąco w tym światku, bo nie mieliśmy pojęcia któż to był:) Miasto nam się podobało, ale nie da się ukryć, że jest pełne przepychu...
foto by Martyna

W ferworze zwiedzania postanowiliśmy jeden dzień odetchnąć i zrobić sobie w końcu wakacje:) Zatrzymaliśmy się na campingu w Sanremo i w cieniu palm wygrzewaliśmy się nad basenem... wieczorem natomiast były stwory z grilla - krewetki, ośmiorniczka, kalmary i rybka... nie uderza to w moje kupi smakowe, ale pozostali zajadali się ze smakiem:)

No i punkt główny naszego programu Genua... Nie że zasługuje ona aż na taką uwagę, ale spotkała nas tu przygoda życia, szkoda że pozostawiająca taki niesmak:( Zaparkowaliśmy nasz samochodzik pośród wielu innych i udaliśmy się na zwiedzanie oceanarium, a także bliżej chcąc poznać miasto samego Krzysztofa Kolumba na spacer po nim.... tylko jak wróciliśmy okazało się, że nie bardzo mamy do czego, bo ktoś wybił szybę w samochodzie i splądrował nam cały samochód, calutki... i zostaliśmy tylko w tym w czym staliśmy! 

foto by Martyna
Można sobie wyobrazić nasze miny... Co gorsza wstrząs jeszcze nie osiągnął końca, dopiero na komisariacie, gdzie żaden z Panów Carabinierów nie mówiący po angielsku, żadnemu nie chciało się zejść i zobaczyć wyrządzonej szkody, a także wyjaśnić nam w jakikolwiek sposób, jakie są procedury i co robić dali nam karteczkę do wypełnienia i stwierdzili, że nic więcej nie mogą dla nas zrobić:/// istna paranoja zważając na to, że jednej z podróżujących osób, naszej Martynie ukradli dowód... Całe szczęście w tym włoskim nieszczęściu, że to była Italia i do Polski dolecieć było można na prawo jazdy... a może to urok osobisty Martyny tak zadziałał, ważne, że skutecznie... 

A my... pod osłoną nocy, unikając srogich spojrzeń szwajcarskiej służby granicznej wróciliśmy do Zurichu... 




foto by Martyna



foto by Martyna


foto by Martyna


foto by Martyna




czwartek, 8 maja 2014

Majówka



Majówka... Wiosenny oddech, pierwszy przedsmak wakacyjnego odpoczynku w blasku słońca...



Wszystko by się zgadzało, tylko z tym słońcem było gorzej... Zupełnie inaczej niż to w Szwajcarii na co dzień bywa. Normalnie jest miło, ciepło, zielono... a tym razem było zimno i bardzo mokro... ale nie można ulegać czemuś tak błahemu jak niesprzyjająca aura pogodowa i nasi goście zostali zmuszeni by ruszyć w miasto z parasolkami w dłoniach i kaloszkami na stopach:)


Myślę, że nie było tak źle, daliśmy radę zwiedzić Zurich, Weg der Schwyz, była grana Luzerna i jaskinie zwane białym piekłem, a także wodospady i urocza starówka w Sankt Gallen, szkoda tylko, że nie mogliśmy dłużej rozkoszować się jej urokami, zbyt lekko ubrani zostaliśmy pokonani przez 6 stopni celcjusza, które było na dworze i  po półtora godzinnym spacerze postanowiliśmy wracać do domku, gdzie napaliliśmy w kominku i zjedliśmy jedną z części przywiezionej karkówki, która ważyła 2,5kg więc byśmy jej podołali z Pawłem potrzeba czasu, a tak w pięć osób troszkę łatwiej poszło i jedna jej część poszła, ale żeby nie było zapasów mamy co nie miara... Po wizycie taty aż strach otwierać naszą zamrażalkę by coś nie wypadło Ci na głowę i jakiś kawałek mięska, czy kiełbaski nie nabił Ci guza.... :)))) więc do zamrażalki bez kasku nie podchodź!