
Niedziela... w tę niedzielę wraz z Kingą i Viktorem postanowiliśmy ruszyć w góry... Miało być niezbyt wysoko, za to ładnie, miło, lekko i przyjemnie... Traska na dwie i pół godziny, dobry lunch i powrót... Ale jak to w górach, zostaliśmy zaskoczeni:)
Pierwszy raz chcieliśmy się udać do schroniska... Owszem na wszystkich alpejskich szczytach nie brakuje hoteli, ale tutaj miało być prawdziwe schronisko, takie z jakimi spotykamy się na polskich szlakach... Naszym celem była Leglerhutte...
Zaglądając do internetu utwierdziliśmy się w przekonaniu, że schronisko, jak schronisko wygląda zwyczajnie, jednak ceny noclegu jak na polskie warunki klarują się na hotel wysokiej klasy, nawet jak na Szwajcarię wydało nam się to drogo, bo po 68chf od osoby, w pokoju 6 osobowym! Na szczęście nie zamierzaliśmy nocować tylko podziwiać widoczki:)
Idąc szlakiem, gdy tylko pierwsza tabliczka ukazała się naszym oczom, okazało się, że do schroniska nie jest 2.5h, a 5... Na tę porę i nasze przygotowanie była to, więc trasa nie możliwa do zrealizowania, ale ruszyliśmy w górę... z każdym krokiem robiło się zimniej i zimniej, po przejściu 3h stwierdziliśmy ENOUGH... zasiedliśmy na pastwisku... wyciągnęliśmy muffinki i mentosy, nie wiele, ale różowe mentosy - pierwsza klasa:))) po czym zaczęliśmy schodzić w dół...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz