.jpg)
Pomyśleliśmy, że nie ma co zwlekać i czas ruszyć w góry... jak pomyśleliśmy tak też zrobiliśmy:)
Spakowaliśmy nasz namiocik, śpiwory i tym razem tylko niezbędne rzeczy wyciągając wnioski z naszej poprzedniej przygody:) choć to Szwajcaria, więc realia są tu jednak inne... ale jak lepiej losu już nie kusić:)

Maennlichen stanęło przed nami otworem... Stojąc u jej podnóża miałam duże wątpliwości, czy aby dobry szczyt wybraliśmy na pierwszy w tym roku górski spacer... Czy Paweł jest pewny, że to tam mamy wejść?! Wysoka ta góra 2343 m n.p.m, no ale jak się powiedziało A... należy powiedzieć B... założyliśmy górskie buty i w górę...

Pierwsza część trasy, która prowadziła do miejscowości Wengen była dość uczęszczaną trasą, ale po przejściu tego miłego miasteczka zostaliśmy na szlaku właściwie sami... Idąc przez las, słysząc śpiew ptaków, rozkoszując się otaczającą nas ciszą było można odnieść wrażenie, że całkiem łatwo nam pójdzie, ale okazało się to złudne... Trasa była długa na 4.5h, dość stroma i przejście 10km pod górę co by nie było jest wysiłkowe, a kiedy dodamy do tego panujący upał stało się to wyzwaniem!
Ale udało się... choć jeśli o mnie chodzi dokonane to zostało ostatkiem sił... i mimo powtarzanych przez drogę słów, że jak znajdziemy się na górze to padam plackiem i przez pół godziny leżę, postanowienie nie zostało spełnione, bo zamiast plażowania było można sobie, co najwyżej ulepić bałwana:) A nasza chęć powrotu inną drogą okazała się nie możliwą do spełnienia, ponieważ trasa była jeszcze zamknięta ze względu na zagrożenie lawinowe...
Wieczorem znaleźliśmy się pierwszy raz na szwajcarskim campingu i było to bardzo przyjemne miejsce...zaciszne, nad jeziorem, ale my marzyliśmy tylko o prysznicu... i co poniektórzy o oglądaniu X-Mena:)

W poniedziałek, który był dniem ustawowo wolnym w Szwajcarii zaplanowana była wycieczka rowerowa dookoła Thunsee... Wstępna droga wiodła raz z górki, raz pod górkę, ale cały czas nad nami były skały, które dawały nam wspaniały cień, lekki wiaterek i jazda była przyjemnością... W Thun zrobiliśmy sobie przerwę na lunch - bułeczka, zimny soczek, zielona trawka... pysznie, miło i przyjemnie... nic jeszcze nie zwiastowało tego, że kolejne 30km okażą się męczarnią w pełnym słońcu... większość drogi była już prosta, ale w lejącym się z nieba żarze 35 stopni, których działanie potęgował asfalt, po którym przemierzaliśmy trasę!
Jechaliśmy oglądając się z tęsknotą na tych, co plażowali nad lazurową wodą, na skałach, zielonej trawce, łapiących wiatr w żagle... a my tylko asfalt i dwa kółka... na szczęście udało się dotrzeć do celu, szybciutko wskoczyć w kostiumy i pomoczyć się w chłodnym jeziorze pośród gór:)
Nagrodą trudów tego weekendu było wspaniałe samopoczucie, zakończone PRZEpysznymi, WIELKIMI lodami z naszymi znajomymi w Bernie... Jeszcze czuje smak tej czekolady... mniam:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz